Przejdź do głównych treściPrzejdź do głównego menu
środa, 18 marca 2026 21:43
Polkowice

Od ambicji do przeciętności. Co się stało z kulturą w Polkowicach?

Był w Polkowicach czas, kiedy kultura nie była dodatkiem do samorządowego kalendarza. Była znakiem rozpoznawczym miasta. Polkowice potrafiły przyciągać ludzi artystyczną ambicją. Właśnie wtedy narodziła się marka, której zazdrościł region: Polkowickie Dni Teatru. Ten festiwal przez lata urósł do rangi jednego z najważniejszych wydarzeń kulturalnych Dolnego Śląska, a sam Andrzej Wierdak, twórca i spiritus movens tego projektu, został w 2010 roku nagrodzony przez samorząd województwa za upowszechnianie teatru. Media naówczas pisały wprost o rosnącej randze festiwalu, o profesjonalizmie organizacji i o tysiącach widzów, którzy przyjeżdżali do Polkowic na spektakle.

To nie była zwykła „impreza w domu kultury”. To był projekt, który nadawał Polkowicom sens kulturowy. W mieście bez własnego teatru udało się stworzyć teatralne święto z nazwiskami, patronatami i rangą, o której mówiło się szerzej niż tylko w powiecie. Jeszcze w 2012 roku obok „Oblicz Teatru” działały w Polkowicach także inne teatralne formaty, jak festiwal dla dzieci „Na ziarnku grochu” czy Jesienne Spotkania Teatralne. To pokazuje skalę ówczesnej ambicji: nie jednorazowy strzał, ale konsekwentnie budowany ekosystem kultury. Dziś ten dawny rozmach jest w Polkowicach coraz trudniejszy do odnalezienia. Owszem, nie jest prawdą, że w mieście nie ma nic. Centrum Kultury organizuje wydarzenia, prowadzi zajęcia, wystawy, warsztaty, konkursy i kalendarz imprez plenerowych. Są także Dni Polkowic. Problem polega jednak na czymś innym: to już nie jest kultura, która buduje markę miasta. To jest oferta instytucji, która funkcjonuje, ale nie nadaje Polkowicom wyjątkowego miejsca na kulturalnej mapie regionu.

Najbardziej symboliczne jest właśnie to, co stało się z teatrem. Jeszcze w 2022 roku odbyła się XXIII edycja „Oblicz Teatru”, z nazwiskami rozpoznawalnymi w całym kraju, m.in. Małgorzatą Foremniak, Pawłem Delągiem i Zbigniewem Zamachowskim. Dziś, trudno znaleźć ślad kontynuacji festiwalu. Zamiast silnego, rozpoznawalnego projektu, który mógłby znów przyciągać widzów z Lubina, Głogowa czy Legnicy, widzimy raczej rozproszenie działań: warsztaty, sezonowe aktywności. To wszystko może być potrzebne społecznie, ale nie zastępuje festiwalu, który kiedyś dawał miastu prestiż i charakter. W tym sensie Polkowice przeszły drogę od kultury aspiracyjnej do kultury użytkowej. Dawniej stawką było coś więcej niż: żeby coś się działo. Chodziło o to, żeby działo się coś, co ma poziom, duszę i rozpoznawalny styl. Dziś, oficjalny przekaz Centrum Kultury i gminy akcentuje głównie ofertę dla różnych grup, cykliczność wydarzeń i organizacyjną sprawność. To język poprawny, ale bez wyrazu. Nawet gdy samorząd mówi o Dniach Polkowic jako o jednym z największych wydarzeń w kalendarzu miasta, to równolegle podkreśla przede wszystkim logistykę, różnorodność oferty i animację społeczną. A kultura, jeśli ma naprawdę żyć, nie może być wyłącznie logistyką. Musi mieć jeszcze odwagę. Dodajmy, że Dni Polkowic trwają dwa dni, podczas gdy Dni Głogowa trzy. Z relatywnie mniejszym budżetem na kulturę.

Sytuacja robi się jeszcze bardziej interesująca, gdy spojrzeć właśnie na pieniądze. W budżecie gminy na 2026 rok dla Centrum Kultury przewidziano z 11 mln zł dotacji podmiotowej, do tego dochodzą mniejsze dotacje celowe. To oznacza, że mówimy o instytucji finansowanej bardzo solidnie. Tym bardziej mieszkańcy mają prawo pytać: gdzie jest efekt skali? Gdzie jest wydarzenie, które znów uczyni z Polkowic miejsce, do którego przyjeżdża się nie tylko „na koncert gwiazdy”, ale po realne przeżycie kulturalne? Przy takim poziomie finansowania oczekiwanie czegoś więcej niż poprawnej oferty warsztatowo-festynowej nie jest żadną przesadą. Jest obywatelskim minimum.

Nie chodzi przy tym o tanią nostalgię, ani o twierdzenie, że kiedyś wszystko było lepsze. Chodzi o to, że kiedyś Polkowice miały ambicję bycia kimś w kulturze. Miały twarz. Miały projekt, o którym mówiło się poza miastem. Dziś mają dyrektora, który kieruje Centrum Kultury od 2019 roku, a w ostatnim konkursie był jedynym kandydatem i równolegle pełni mandat radnego powiatu. Formalnie wszystko może się zgadzać. Ale politycznie i symbolicznie to nie wygląda jak opowieść o nowym otwarciu, tylko o administrowaniu stanem średnim. A kultura średnia, choć bezpieczna, nigdy nie będzie magnesem.

Dlatego hasło „Andrzej Wierdak wróć!” nie jest wezwaniem personalnym, a raczej wezwaniem do powrotu pewnego sposobu myślenia o kulturze. Takiego, w którym dom kultury nie jest tylko miejscem zajęć, salą wynajmu i zapleczem do obsługi miejskich eventów, ale podmiotem ambicji. Takiego, w którym Polkowice znów chcą zadziwiać, a nie tylko wypełniać kalendarz. Bo miasto, które kiedyś umiało stworzyć markę, nie powinno zadowalać się rolą prowincjonalnego organizatora poprawnych imprez.

Polkowice nie potrzebują dziś kolejnej ulotki z atrakcjami. Potrzebują powrotu ducha kultury. I właśnie za tym duchem wielu mieszkańców tęskni najbardziej.

 


Podziel się
Oceń

Napisz komentarz

Komentarze